|
LESKO
KS. WLADYSLAW LUTECKI
HISTORIE NIEKTÓRE ZIEMI SANOCKIEJ
|
Niedaleko
Ustrzyk lezy wies Ustianowa, dzis wlasnosc hr. Russockich.
Naonczas t.j. w r. 1770 trzymali ja w posesji dwaj bracia
Brzescianscy, kasztelanice. Jeden z nich, gadatliwy, lubiacy
lowy i zabawy, a taki mocny, ze kiedy porwal konia za grzywe i
ogon to zwierze, czujac jego moc niezwykla, tak sie spocilo,
jakoby co dopiero z wody wylazlo. Drugi brat, Kasper, miekkich
obyczajów, nieraz dlugie godziny w samotnosci trawil; grywal
na gitarze, rózne komponowal melodie. Nieraz trzymal u siebie
wedrownych czeskich muzykantów, albo i cyganów, która to
nacja jest zbyt muzykalna. Bylo to przed Zielonymi Swietami.
Do Leska zjechalo sie mnóstwo szlachty do fary na sume, okolo
piecdziesieciu dzierzawców, wlascicieli i pan Fredro z Hoczwi,
Pan Deregowski z Ustrzyk, panowie z Soliny, Nowosiólek i
Zubraczego. Byl pan wojewoda Ossolinski i pani wojewodzina, z
domu Stadnicka, z córkami Teresa i Marianna. Niedawno wrócila
z Paryza, gdzie dla edukacji córek przebywala. Panna Marianna
byla wcale przystojna, ale Teresa wprost urodziwa, tak, ze jej
pieknosc w Paryzu i Wiedniu slawiono, a wielu duków o jej
dobijalo sie reke. Pan Kasper stal oparty o sciane jak posag
kamienny i wlepil swe czarne oczy w lawe, gdzie panna Teresa
siedziala. Stal za nim brat Krzysztof, który co dopiero wrócil
z konfederacji barskiej, by sie z ran wylizac, a widzac
wpatrzonego brata, za rekaw go powsciagal, lecz to niewiele
pomagalo. Od tego dnia stal sie pan Kasper jeszcze wiecej
smutny. Po nabozenstwie zaprosil pan wojewoda brac szlachecka
do siebie na wódke i suszone sliwki (Jak mawial). Byl i
Kasper, który zabawiajac panienki, jako ze byl wielce
swiatowy czlowiek, tak sie rozmilowal w pannie Teresie ze o
bozym zapomnial swiecie. Widzial to brat, widzieli inni,
namawiali by wyjechal w swiat, lecz Kasper, ku zgorszeniu
brata, zamiast w swiat, pojechal ze swoja cyganska kapela
przygrywac Teresie pod oknami zamku.
Wojewoda siedzial z córkami w sali balowej, a byl i tam Józef
Mniszech, chorazy wielki koronny, starajacy sie o panne
Marianne, byl i Józef Potocki, który zaslyszawszy o urodzie
Teresy, przyjechal do Leska , by ja zobaczyc. Wojewoda
zdziwiony, pyta co to ca muzyczka pod oknami grywa? Oznajmiono,
ze to pan kasztelanic z Ustianowej... Zaproszono go do komnat.
Serenada spodobala sie wszystkim. Panna Teresa chwalila
muzykalnosc kasztelanica przed panem Potockim, do którego juz
sentyment zywila, a w niespelna rok po tem pania Potocka
zostala. A Kasper wariowal dalej. Przyjezdzal pod okna i gral
wojewodziance, widywal ja w oknach, tak mu sie zdawal, ze sie
don usmiecha i kwiaty raczkami przerzuca, które on w osobnej
zaszywce na swej piersi nosil. Az razu pewnego ozwie sie
wojewoda do sluzebnej Teklusi:-Sluchaj wacpanna, a stawiaj sie
mocno, bo kasztelan z Ustianowej z muzyka do ciebie tu jezdzi!-
A do tego - dorzuca Oschowski, dworak wojewody - i list wnet
bedzie, mówie to wacpannie...Rozmilowany kasztelaniec bral
swa cyganska kapele, skradal sie pod okna zamkowej swietlicy i
grywal teskliwie swej nadobnej bogini, a gdy ta przez uchylone
okna witala go glosniej, wolal Kasper przyciszonym glosem:-Toc
ja niegodny, ma pani nadobna, nad slonce piekniejsza! Lecz mów
ciszej, by nas nie slyszano. - Wiec zejde do wacpana...Cyganie
w cien sie ukryli.- Tyle szczescia dla mnie - czyz ja godny
tego?- To ja niegodna.. i gdyby nie twój list ..- Jaki list?
- zagadnie Kasper ciekawie, gdyz nigdy do wojewodzianki nie
pisywal. - List twój, kasztelanicu, który mi przyniósl
jeden z twoich cyganów.- Ale jaki list? - Ty sie zapierasz mój
drogi!..- Na Boga zywego, zadnego nie pisalem listu! Kto pani
jest?Zakrzyknie Kasper, spojrzawszy w twarz nieznajomej...- To
ja , Teklusia, sluzebna wojewodzianki!- Co za sztuki
szatanskie - wola Kasper w pasji - Mów , kto cie do tego namówil!Dziewczyna
przerazona, chce uciekac, ale Kasper trzyma ja za reke i wola:-
Mów, który cygan list ci przyniósl!- Ja nie wiem... ale pan
Osuchowski tyle mi razy mówil ,ze sie pan we mnie zakochal...
O poganski synu! Czekaj; daj mi ten list! To zmowa!... Puscil
dziewczyne, a wyjawszy owe kwiaty, co na sercu nosil, podeptal
je sromotnie nogami.Zaszumialy drzewa, te same, które i dzis
wokól zamku szumia, przedarly sie blade promienie ksiezyca
przez konary drzew, oblaly swiatlem sinym stare sciany zamku..
Zalegla cisza... zamek usnal... Rozbiegla sie cyganska kapela.
San w poblaskach nocy szelescil jak i dzis wsród skalnych
zalomów. Ksiezyc siny rzucil swietlisty ruchomy pomost na
jego ciemne wody, hen w góre daleko, chwieje sie i droga na
fali jak srebrna luska pancerza, swieci jak zlote guzy w
blekitne wszyte kontusze...A pan Kasper przepadl i zaginal od
owego dnia na lat dwadziescia, bijac sie i tlukac po szerokim
swiecie.Az, dziwnym zbiegiem okolicznosci, ta sama piekna
Teresa, której grywal pod oknami zamku leskiego, a pózniej
wielka pni Potocka w Wiedniu wyratowala go z wiezienia, gdzie
odsiadywal za gwaltowna burde w tymze miescie uczyniona...
Niedaleko Ustrzyk lezy wies Ustianowa, dzis wlasnosc hr.
Russockich. Naonczas t.j. w r. 1770 trzymali ja w posesji dwaj
bracia Brzescianscy, kasztelanice. Jeden z nich, gadatliwy,
lubiacy lowy i zabawy, a taki mocny, ze kiedy porwal konia za
grzywe i ogon to zwierze, czujac jego moc niezwykla, tak sie
spocilo, jakoby co dopiero z wody wylazlo. Drugi brat, Kasper,
miekkich obyczajów, nieraz dlugie godziny w samotnosci trawil;
grywal na gitarze, rózne komponowal melodie. Nieraz trzymal u
siebie wedrownych czeskich muzykantów, albo i cyganów, która
to nacja jest zbyt muzykalna. Bylo to przed Zielonymi Swietami.
Do Leska zjechalo sie mnóstwo szlachty do fary na sume, okolo
piecdziesieciu dzierzawców, wlascicieli i pan Fredro z Hoczwi,
Pan Deregowski z Ustrzyk, panowie z Soliny, Nowosiólek i
Zubraczego. Byl pan wojewoda Ossolinski i pani wojewodzina, z
domu Stadnicka, z córkami Teresa i Marianna. Niedawno wrócila
z Paryza, gdzie dla edukacji córek przebywala. Panna Marianna
byla wcale przystojna, ale Teresa wprost urodziwa, tak, ze jej
pieknosc w Paryzu i Wiedniu slawiono, a wielu duków o jej
dobijalo sie reke.
Pan Kasper stal oparty o sciane jak posag kamienny i wlepil
swe czarne oczy w lawe, gdzie panna Teresa siedziala. Stal za
nim brat Krzysztof, który co dopiero wrócil z konfederacji
barskiej, by sie z ran wylizac, a widzac wpatrzonego brata, za
rekaw go powsciagal, lecz to niewiele pomagalo. Od tego dnia
stal sie pan Kasper jeszcze wiecej smutny. Po nabozenstwie
zaprosil pan wojewoda brac szlachecka do siebie na wódke i
suszone sliwki (Jak mawial). Byl i Kasper, który zabawiajac
panienki, jako ze byl wielce swiatowy czlowiek, tak sie
rozmilowal w pannie Teresie ze o bozym zapomnial swiecie.
Widzial to brat, widzieli inni, namawiali by wyjechal w swiat,
lecz Kasper, ku zgorszeniu brata, zamiast w swiat, pojechal ze
swoja cyganska kapela przygrywac Teresie pod oknami zamku.
Wojewoda siedzial z córkami w sali balowej, a byl i tam Józef
Mniszech, chorazy wielki koronny, starajacy sie o panne
Marianne, byl i Józef Potocki, który zaslyszawszy o urodzie
Teresy, przyjechal do Leska , by ja zobaczyc. Wojewoda
zdziwiony, pyta co to ca muzyczka pod oknami grywa? Oznajmiono,
ze to pan kasztelanic z Ustianowej... Zaproszono go do komnat.
Serenada spodobala sie wszystkim. Panna Teresa chwalila
muzykalnosc kasztelanica przed panem Potockim, do którego juz
sentyment zywila, a w niespelna rok po tem pania Potocka
zostala. A Kasper wariowal dalej. Przyjezdzal pod okna i gral
wojewodziance, widywal ja w oknach, tak mu sie zdawal, ze sie
don usmiecha i kwiaty raczkami przerzuca, które on w osobnej
zaszywce na swej piersi nosil. Az razu pewnego ozwie sie
wojewoda do sluzebnej Teklusi:-Sluchaj wacpanna, a stawiaj sie
mocno, bo kasztelan z Ustianowej z muzyka do ciebie tu jezdzi!-
A do tego - dorzuca Oschowski, dworak wojewody - i list wnet
bedzie, mówie to wacpannie...Rozmilowany kasztelaniec bral
swa cyganska kapele, skradal sie pod okna zamkowej swietlicy i
grywal teskliwie swej nadobnej bogini, a gdy ta przez uchylone
okna witala go glosniej, wolal Kasper przyciszonym glosem:-Toc
ja niegodny, ma pani nadobna, nad slonce piekniejsza! Lecz mów
ciszej, by nas nie slyszano. - Wiec zejde do wacpana...Cyganie
w cien sie ukryli.- Tyle szczescia dla mnie - czyz ja godny
tego?- To ja niegodna.. i gdyby nie twój list ..- Jaki list?
- zagadnie Kasper ciekawie, gdyz nigdy do wojewodzianki nie
pisywal. - List twój, kasztelanicu, który mi przyniósl
jeden z twoich cyganów.- Ale jaki list? - Ty sie zapierasz mój
drogi!..- Na Boga zywego, zadnego nie pisalem listu! Kto pani
jest?Zakrzyknie Kasper, spojrzawszy w twarz nieznajomej...- To
ja , Teklusia, sluzebna wojewodzianki!- Co za sztuki
szatanskie - wola Kasper w pasji - Mów , kto cie do tego namówil!Dziewczyna
przerazona, chce uciekac, ale Kasper trzyma ja za reke i wola:-
Mów, który cygan list ci przyniósl!- Ja nie wiem... ale pan
Osuchowski tyle mi razy mówil ,ze sie pan we mnie zakochal...
O poganski synu! Czekaj; daj mi ten list! To zmowa!... Puscil
dziewczyne, a wyjawszy owe kwiaty, co na sercu nosil, podeptal
je sromotnie nogami.Zaszumialy drzewa, te same, które i dzis
wokól zamku szumia, przedarly sie blade promienie ksiezyca
przez konary drzew, oblaly swiatlem sinym stare sciany zamku..
Zalegla cisza... zamek usnal... Rozbiegla sie cyganska kapela.
San w poblaskach nocy szelescil jak i dzis wsród skalnych
zalomów. Ksiezyc siny rzucil swietlisty ruchomy pomost na
jego ciemne wody, hen w góre daleko, chwieje sie i droga na
fali jak srebrna luska pancerza, swieci jak zlote guzy w
blekitne wszyte kontusze...A pan Kasper przepadl i zaginal od
owego dnia na lat dwadziescia, bijac sie i tlukac po szerokim
swiecie.Az, dziwnym zbiegiem okolicznosci, ta sama piekna
Teresa, której grywal pod oknami zamku leskiego, a pózniej
wielka pni Potocka w Wiedniu wyratowala go z wiezienia, gdzie
odsiadywal za gwaltowna burde w tymze miescie uczyniona...
|
|